Czekając na ciąg dalszy Luthera, obejrzałem sobie skandynawski odpowiednik.
Polecam - nazywa się to u nas "Most nad Sundem".
Rzeczony supermost, łączący Malmoe z Kopenhagą, faktycznie gra ważną rolę: na dobry początek zostają na nim (dokładnie na linii granicy szwedzko-duńskiej) znalezione zwłoki.
Które później okazują się ikebaną, złożoną w połowie z pani przewodniczącej rady miejskiej Malmoe i w połowie z (zamrożonej rok wcześniej) prostytutki z Kopenhagi.
Z problemem mierzy się niezbyt dobrany duet:
- Martin, policjant duński, grubawy libertyn w wieku średnim (coś z Luthera w nim jest, acz... inaczej), mający pięcioro dzieci z trzema kobietami (przynajmniej taki jest stan na początku...), kupę problemów pozazawodowych (w tym: jaja obolałe po niedawnej wasektomii), oraz
- Saga, policjantka szwedzka, blondynka z miną lekko zdziwionego dziecka, która jest... inna. Między innymi dlatego, że nie uznaje konwenansów, mówi ludziom prawdę w oczy oraz w dodatku wierzy w nienaruszalność procedur. Ale nie tylko dlatego
Moja ulubiona scena: Saga po robocie wpada do klubu. Podchodzi koleś:
- Chcesz drinka?
- Nie.
- A to przepraszam... (odchodzi)
- Zaraz! Powiedziałam tylko, że nie chcę drinka. Jeśli chcesz uprawiać seks u mnie, to jedziemy.
I tak dalej.
Pokochałem Sagę, gdy antybohater porwał gromadkę maluchów i zagroził ich eksterminacją, a Martin skomentował: "to najohydniejsza z jego zbrodni". Natomiast nasza blondyneczka z kamienną twarzą odparła: "Nie. Dzieci to tylko mali ludzie".
Aaaa, bonus: pani detektyw z Malmoe jeździ starą 911-tką, którą nie-wiadomo-skąd wzięła...
A akcja się komplikuje. Pojawiają się nowe wątki, a stare znienacka nabierają coraz to nowego sensu. Pojawiają się mylne tropy i cała galeria osobliwości, w tym nawet jeden skandynawski samuraj. Pojawiają się cytaty i odniesienia (inteligentne i nienachalne!), także do aktualnych wątków ważkich (w Skandynawii) debat społecznych (o równosci wobec prawa, o transplantologii, o imigrantach, o roli tradycyjnej rodziny, o sprawiedliwości społecznej, o odpowiedzialności mediów, itepede - a w końcu, rzecz jasna, o kategoriach Dobra i Zła w ich odwiecznej, skomplikowanej rywalizacji).
Gdzieś, trochę pomiędzy wierszami, dostaje się nawet JE Poprawności Politycznej.
Policjanci są tylko ludźmi i popełniają błędy. Niektóre, z punktu widzenia tzw. "sztuki", nawet dość istotne.
Dzięki temu jest prawdziwiej. Jak w życiu.
Bo świat w tym filmie też jest mocno niedoskonały. A wybory nieoczywiste.
Finał pewnie większość zaskoczy. Nawet tych, którzy 10 minut przed końcem ostatniego odcinka będą już pewni, że znają ten schemat i wiedzą, co będzie dalej.
A sporo ważnych pytań o to Dobro i Zło, zadanych w filmie gdzieś "obok" fabuły, i tak pozostanie bez odpowiedzi.
Z tymi, którzy obejrzą - chętnie podyskutuję kiedyś o tym, kto tu naprawdę jest dobry, a kto zły. A może, raczej, kto mądry, a kto głupi? A może, po prostu, na tym padole nie ma mądrych - może wszyscy jesteśmy zaledwie igraszką Losu...?
Uwaga: akcja jest nierówna. Są dłużyzny (ale, znów - moim zdaniem czemuś służą).
Jak to w życiu: narada bojowa w sztabie kryzysowym nie wygląda tak, że wpada kilkanaście osób, każdy szybko wygłasza kilka błyskotliwych kwestii, po czym wszyscy odbezpieczają broń i lecą znowu postrzelać. Nie: pomiędzy przebłyskami geniuszu i kopem z półobrotu ktoś dłubie w nosie, ktoś się gapi w okno, ktoś pije kawę, a reszta gada o niczym (nawet Saga, po licznych namowach, w pewnym momencie też spróbuje
paddierżat' razgawor - ale trochę jej nie wyjdzie

).
Jak to w życiu: most nad Sundem, zwłaszcza w nocy, jest na tyle malowniczy ze warto zatrzymać się chwilę i po prostu popodziwiać. Nawet, jeśli się goni superterrorystę.
Film tak w ogóle jest... na swój sposób malarski. Prawie czarno-szaro-biały. Niekiedy beżowy, sepiowy, jasnokawowy i oliwkowy. I tylko czasami znienacka wlezie w kadr facet w czerwonym swetrze, zielony wazonik, ewentualnie szwedzki radiowoz malowany w charakterystyczny niebiesko-żółty wzór. Autorowi zdjęć chętnie bym uścisnął grabę: za te kolory, za nocne pejzaże skandynawskich metropolii, za zbliżenia szarogranatowych wód Sundu...
Muzyczka w czołówce też fajna. Skądinąd, bliska lutherowej.
Krótko mówiąc: jest nieźle, acz miłośnicy amerykańsko-dalekowschodniego kina akcji mogą sobie darować. Biją się chyba tylko dwa razy, i to marnie.