DZIEŃ 9
W Kanab tuż obok naszego motelu znajdował się sklep z bronią. Zwykły, niepozorny, tuż obok innych z pamiątkami, magnesami i innym chińskim badziewiem (na nie-chińskim są zawsze nalepki w stylu 'proudly made in USA'). W środku do wyboru-do koloru. Broń długa, krótka, wszystko na wyciągnięcie ręki. A naboje normalnie jak u nas czekolada na półce w markecie. Niestety nie miałem okazji dokładnie pomacać, bo raz że nam się śpieszyło, a dwa że właściciel ze znudzoną miną jak sam przyznał 'ciągle słyszy od Europejczyków, że u nich takich sklepów nie ma'. No nic, pojechaliśmy dalej. W ogóle takich sklepów jest tam sporo, często są myśliwsko-rusznikarsko-wędkarskie. Kilkukrotnie widziałem też ludzi na ulicy z bronią 'dyskretnie' schowaną za paskiem.
W okolicy miejscowości Page (kawałek od Kanab, ale znowu trzeba wjechać do Arizony co oznacza zmianę czasu - popieprzone to nieco i można się pogubić, zwłaszcza że granica na mapie biegnie poziomo...) znajdują się dwa kaniony - Lower i Upper Antelope Canyon. My zwiedzaliśmy Lower. Z zewnątrz jest to niepozorna szczelina tuż przy szosie (sam parking jest większy...), tuż za plecami jest gigantyczna elektrownia (na jednym ze zdjęć będzie widać trzy słupy dymu), ale jak już się wejdzie na dół po długich stalowych drabinach... Bajka. Te kolory i kształty... Całość powstała w wyniku erozji piaskowca poprzez tzw. powodzie błyskawiczne (flash flood) - woda nie wsiąka, tylko ucieka tam gdzie znajdzie ujście, czyli do kanionu i sieje spustoszenie. BTW, w 2011 w ten sposób zginęło 11 turystów. Drewniane drabiny się urwały i się utopili... Teraz są solidne, metalowe...
Niestety ogólne wrażenie psuje to, że całość leży na terenie indian Navajo i jest po prostu maszynką do robienia kasy. 30$ od łebka, wycieczki startują co 15 minut, tylko z przewodnikiem, który przegania ekipę przez kanion jak bydło. Cała wycieczka to raptem 45 minut. Nie można mieć statywu (tylko na specjalnych wycieczkach foto za 150$ od osoby) ani kamer. Byle szybciej. Mimo trudnych warunków oświetleniowych kilka fotek udało się strzelić.
W Page:
- szybka wizyta w Walmarcie,
- kilka fotek przed salonem Forda - nikt się tam nie bawi w osobówki, są gdzieś pochowane w kącie - główny asortyment to Fordy F, fajnie to wygląda,
- amerykański szczyt lenistwa czyli fast-food bez wysiadania z samochodu z kilkunastoma stanowiskami i kolesiem który przywozi zamówienie do samochodu na rolkach,
- praktyczne amerykańskie podejście do wiary, czyli wszystkie możliwe kościoły wzdłuż jednej ulicy...
Kolejne atrakcje to Horseshoe Bend i Navajo Bridge - most, a właściwie dwa mosty, pierwszy z 1927, drugi - mocniejszy z 1995. Na samym moście nie lada gratka, bo gromadka Kondorów Kalifornijskich. Na początku lat 90. był to gatunek zagrożony wyginięciem, na wolności żyło ich tylko osiem! (łącznie tylko 30). Tu było ich z 6 czy 7 (wg wiki na wolności żyje ich 150).
Wracając do Kanab próbowaliśmy jeszcze zwiedzić północną krawędź (North Rim) Wielkiego Kanionu - miejsce o tyle fajne, że mniej skomercjonalizowane niż południowa krawędź - podobno dociera tu tylko 10% zwiedzających kanion turystów. W linii prostej wierzchołki dzieli niewiele, ale samochodem trzeba dymać naokoło jakieś 300km. Krawędź północna jest wyżej niż południowa i dłużej trwa tam zima. Wiedzieliśmy, że oficjalnie otwierają 15. maja, ale myśleliśmy że zrobimy to 'po polsku' - a nóż-widelec jakoś się wślizgniemy. Niestety droga była faktycznie zamknięta... ;)
https://goo.gl/photos/K1tbiQvoZKyTSu6Y9